Timbuktu – miasto 333 świętych

Niedostępne dla niewiernych

Mit Timbuktu narodził się z niedostępności. Przez kilkaset lat miasto było niedostępne dla niewiernych. A i muzułmanie, jeśli nie byli Tuaregami, niechętnie się tu zapuszczali. Bo miasto owszem, sławne, ale można do niego w ogóle nie dotrzeć, zginąwszy z pragnienie w piaskach Sahary. Nic więc dziwnego, że można było bezkarnie opowiadać o chodnikach ze złota w Timbuktu, bo nikt nie miał najmniejszych szans by to zweryfikować.

Tuaregowie strzegli tajemnic swoich pustynnych szlaków. Każdy, kto się zapuścił za daleko, ginął. Tak było do niedawna. Jeszcze w XIX wieku podróżnicy przemierzający Saharę mieli duże problemy żeby dotrzeć do Timbuktu, a potem wrócić. Słynny brytyjski podróżnik Mungo Park w 1806 roku w swej ostatniej podróży tylko przepłynął Nigrem naprzeciwko miasta; atakowany zewsząd przez tubylców, nie miał szans na wylądowanie.

Cień dawnej potęgi

Dzisiejsze Timbuktu to cień dawnej potęgi. Zaledwie 32 tysiące mieszkańców, czyli jedna trzecia populacji sprzed kilkuset lat, ale wciąż nazywane jest Perłą Pustyni i Miastem 333 Świętych. Z dawnej świetności zostały trzy średniowieczne meczety, Sankore, Sidi Jahja i najstarszy Dżingereber. Wszystkie są zbudowane z nie wypalanej gliny. I po każdym większym deszczu, na szczęście zbyt często się nie zdarzają, muszą być odnawiane, by się nie… rozpłynęły. W podobnej technologii jest zbudowane całe miasto. I całe miasto wygląda dokładnie tak jak za czasów świetności.

Timbuktu wciąż jest ważnym centrum targowym. Handluje się, jak przed wiekami, solą, tkaninami, skórami i rękodziełem tuareskim i murzyńskim. Tyle, że wielbłądy są wypierane przez ciężarówki.

„Malinowy Kurier”
Artur Łachut